Wstępnie jest to szkic, ale być może już na tym poziomie ktoś wyciągnie sobie jakieś ciekawe wnioski – na przykład, ale ten co to napisał jest nie mądry 😉

 

Do rzeczy, sprawa tyczy się komunikacji między osobnikami, przy czym nie ma znaczenia, czy dyskusja toczy się pomiędzy dwiema osobami, czy też jest ich więcej. Według mnie wyglądać powinno to tak, że kiedy ludzie ze sobą rozmawiają i nie są zgodni co do jakiejś kwestii powinni dojść do porozumienia w następujący sposób. W swojej głowie ustalić cel dyskusji, jakim jest wspólne osiągnięcie i zaakceptowanie wyniku. Co za tym idzie, zrozumienie, że każdy biorący udział w dyskusji jest naszym sprzymierzeńcem, to my wspólnie musimy odkryć prawdę, nie spieramy się między sobą. Kiedy wymieniamy się argumentami, to tak jakbyśmy wrzucali pod wspólny osąd dane zdanie czy tezę i razem, wspólnie oceniamy, weryfikujemy to co usłyszeliśmy i przechodzimy dalej, aż do samego końca, gdzie czeka na nas wspólna akceptacja stanu rzeczy. 

 

Wydaje się jednak, że ciężko jest postępować w ten sposób. Raczej jest tak, że kiedy nie zgadzamy się z jakąś tezą, to od razu jakby stajemy się jej wrogiem. Tutaj już tkwi błąd i problem. Zamiast wyjść z założenia, że możemy się mylić, albo chociaż, że warto zapoznać się (o ile stykamy się z tym po raz pierwszy i całej sprawy nie mamy przerobinej) z tą tezą, przemyśleć, przeanalizować, wspólnie być może, przedłożyć sobie nawzajem argumenty, ot podyskutować. 

 

To tylko zarys mojej myśli w tej sprawie, a że to co dzieje się dookoła jest zbyt absorbujące nie mogę się skupić na 100% i wyłuszczyć tego w inny sposób, chociaż i tak mam nadzieję, że wilu z was zrozumie w czym tkwi szkopuł.

 

Jak zwykle też link – jeśli masz olej w głowie – dołącz